Świat rzeźby. Felietony BCS

Świat rzeźby widziany z perspektywy Bydgoskiego Centrum Sztuki

Gdy hobby zmienia się w sztukę. Druciane rzeźby Robina Wighta

Dancing-with-Dandelions-nightRobin Wight w Boże Narodzenie 2009 roku dostał od żony pod choinkę nowy aparat fotograficzny. Żona chciała nie tylko sprawić mu przyjemność, lecz także odwrócić jego myśli od spraw zawodowych — Wight porzucił właśnie pracę w dobrze prosperującej firmie, gdyż czuł, że to nie jest jego miejsce na ziemi. Gdy wieczorne słońce dotykało nagich konarów drzew, Robin wycelował obiektyw aparatu w promienie słońca, chcąc uchwycić ostatnie refleksy światła. Gdy spojrzał na zdjęcie, nie wierzył w to, co widzi. Zaniepokojony spoglądał to na konary drzew, to na wyświetlacz aparatu. Na zdjęciu widoczna była, skryta wśród drzew, zwiewna, piękna wróżka. Robin doskonale wiedział, że jej postać to tylko efekt gry światła, jednak potraktował tę fantasmagorię jako cenną wskazówkę dla siebie.

Zawsze ciągnęło go do sztuki, potrafił nawet nieźle rysować, jednak to rzeźba pociągała go najbardziej. Korzystając z wolnego czasu, postanowił, że poprzez rzeźbę wyruszy w sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa.

fantasywire-wire-fairy-sculptures-robin-wight-1Jako tworzywo wybrał drut nierdzewny, taki, który służy do wykonywania ogrodzenia. Nie był to wybór przypadkowy. Chcąc rzeźbić wróżki i mityczne stwory zaludniające jego wyobraźnię, rozpoczął od podstawowego pytania: co jest główną cechą magicznych stworzeń z krainy dzieciństwa? Otóż — przede wszystkim — to, że są ulotne i dlatego też tak trudno je dostrzec. Szybko przekonał się, że jest to doskonałe medium dla tego tematu. Zwój drutu, z jednej strony, doskonale poddaje się modelunkowi i podkreśla kontur, z drugiej zaś, nie tworzy zwartej formy, dzięki czemu przez rzeźby przenika światło, dając złudzenie lekkości i ulotności postaci.

Na początku Robin Wright traktował wykonywanie rzeźb jak niewinne hobby, z czasem jednak dostrzegł, że to zajęcie pochłania go całkowicie i każdego rana, już od przebudzenia myśli o następnych szkicach, na podstawie których stworzy kolejne postacie. Gdy po raz pierwszy pokazał swe hobbystyczne, druciane prace mieszkańcom rodzimej wsi na festynie, był zaskoczony ich reakcją, a wróżki umieszczone w Trentham Gardens w Staffordshire stały się niemal natychmiast główną atrakcją okolicy. W kilka miesięcy później ekspozycja zmieniła się w miejsce poszukiwania i tropienia wróżek ukrytych w lesie, na płotach czy w zaułkach ogrodowych alejek. Niezależnie od Wrighta powstały mapy szlaków z zaznaczonymi rzeźbami. ea1a397bd6c19b478cb95095e0a9f3f3Odwiedzający zaczęli też pytać, gdzie mogą nabyć tego rodzaju instalacje. Robin Wight wspomina, że na początku nie wiedział, jak ma na tego rodzaju pytania odpowiadać — wykonywanie drucianych postaci było dla niego takim samym hobby, jak dla innych wędkarstwo czy filatelistyka, ale choć sam nie widział w swoim zajęciu nic nadzwyczajnego, to jednak coraz częściej słyszał pozytywne opinie o artystycznych walorach swych prac.

Z perspektywy czasu można śmiało stwierdzić, że prace brytyjskiego pasjonata wykroczyły dalece poza zwykłe hobby czy dekoracje ogrodowe. Używając jako tworzywa sztuki zwykłego drutu, wyczarował magiczny świat. Jego rzeźby są perfekcyjne pod względem bryły, dynamiki i kompozycji. Sam Wight przyznaje, że kilka ostatnich rzeźb to efekt zmagania się z teoretycznym problemem, a mianowicie zagadnieniem, jak wyrzeźbić wiatr. Poszukując odpowiedzi na pytanie, jak pokazać w materii coś, co jest niewidoczne, stworzył wróżki próbujące zatrzymać nasiona mleczu porywane przez wiatr, które są tak sugestywne, że patrząc na drucianą postać siłującą się z rośliną, można niemal usłyszeć wizg wiatru. Z kolei inne, zwłaszcza te zainstalowane na drzewach postacie, sprawiają wrażenie, jakby zostały zaskoczone obecnością człowieka i uciekały, kryjąc się w konarach.

Wight przyznaje, że największą trudność w wykonywaniu tego rodzaju prac, oprócz pierwszorzędnego zagadnienia związanego z formą, polega na ich mocowaniu. Ukończone rzeźby ważą nawet kilkadziesiąt kilogramów, a muszą być stabilnie umocowane, często z jednym tylko punktem podparcia, tak aby zachować wrażenie lekkości postaci, które wydają się jakby zawieszone w powietrzu.

Butterfingers-FenceIch sugestywność bierze się nie tylko z pozy czy gestu, niezwykle istotne jest miejsce ich instalacji. Przystępując do wykonania kolejnych szkiców, Wight rozpoczyna od wyboru miejsca ekspozycji, dlatego też każda postać doskonale komponuje się z otoczeniem, a jej obecność w danym miejscu zdaje się równie zaskakująca, co naturalna.

Wight przyznaje, że to, co było zwykłym hobby, ewaluowało w stronę osobliwej twórczości artystycznej. Dziś jego firma Fantasy Wire zatrudnia sześć osób. Sam autor, nie mogąc nadążyć z realizacją kolejnych zleceń, opracował zestaw do samodzielnego skręcania rzeźb, do którego dołączył, oprócz specjalnych szczypiec i złączek, szkice rysunkowe i precyzyjną instrukcję. Przy pełnej świadomości tego, że tego rodzaju zestawy idą w stronę masowości, uważa, że rozwiązanie to ma dwie zalety: po pierwsze, samodzielne wykonanie rzeźby może zrodzić zamiłowanie do kształtowania form przestrzennych i w tym wypadku drut zastępuje tradycyjny materiał, jakim jest glina; po drugie, gotowe zestawy rozwiązują problem ciągłych, indywidualnych zamówień, dzięki czemu zyskuje czas i swobodę, aby pracować nad tym, co go najbardziej zajmuje, czyli powoływaniem do życia kolejnych, niezwykłych postaci. Robin Wight nie uważa siebie jednak za artystę, a co najwyżej za zwykłego projektanta, który swymi rzeźbami przenosi odbiorców w czasy dzieciństwa, do krainy baśniowej wyobraźni.

Whimsys-Pride-Fence

Ta dezyderata została spełniona, bo patrząc na zwiewne, splecione z drutu wróżki, zaglądamy za magiczną kurtynę świata dostępnego zmysłom, stajemy się gośćmi niezwykłej krainy bajkowych postaci, a równocześnie podziwiamy warsztat pracy sprzężony z plastyczną wyobraźnią, dzięki której podziwiamy estetykę kobiecej postaci w przepięknej odsłonie.

 

Amerykańska droga w poszukiwaniu piękna czyli sztuka Benjamina Victora

The Awakening Dawn,2013

The Awakening Dawn,2013

Amerykańska fascynacja sztuką Starego Kontynentu ma różne oblicza. Najczęściej kończy się na wycieczce do Europy, by przy okazji wakacji zobaczyć dzieła Michała Anioła, Rafaela Santi czy Lorenza Berniniego. W przypadku Benjamina Victora fascynacja rzeźbą Renesansu i Baroku przerodziła się w pasję i sposób na życie. Zachwyt nad klasycznym ujęciem piękna i kompozycją sprawił, że młody chłopak z Południowej Dakoty zapragnął rzeźbić jak wielcy artyści z Florencji i Rzymu. O tym, że ta młodzieńcza fascynacja przerodziła się w pasję twórczą, świadczy fakt, iż Benjamin Victor stał się najmłodszym w historii Stanów Zjednoczonych rzeźbiarzem, którego monument przedstawiający Sarę Winnemucca — Indiankę z plemienia Pajutów żyjących w rezerwacie Yakima na obszarze stanu Nevada — umieszczony został w prestiżowej kolekcji bohaterów narodowych w National Statuary Hall w Kapitolu. Benjamin Victor, mimo młodego wieku — urodził się w 1979 roku, zrozumiał, że historię własnego kraju można opowiadać nie tylko przez opisy i książki, lecz także przez sztukę. W portretowanej postaci Sary Winnemucca, nazywanej przez białych „indiańską księżniczką”, artysta chciał pokazać dumę rdzennych mieszkańców Ameryki, ich odrębność nie tylko w stroju, lecz także w wyglądzie. W pracach rzeźbiarza już od początku kariery widać ogromne zrozumienie wagi warsztatu, a także przywiązanie do rozwiązań klasycznych. Poprzez staranne opracowanie warsztatowe i pracę z żywym modelem Victor stara się wydobyć wyraziste cechy postaci, podkreślić  charakterystyczny gest, grymas twarzy czy mowę ciała. Dlatego też jego rzeźby mają silny związek ze studiami nad anatomią. Sam autor przyznaje, że źródłem inspiracji w rzeźbie są dla niego prace Lorenza Berniniego i jego fascynacja pięknem ludzkiego ciała. Dlatego Victor, pracując z modelem, stara się każdą rzeźbioną postać poddać idealizacji, a wykonując drobiazgowe studia kompozycyjne z anatomii, odwołuje się do klasycznych kanonów rzeźbiarskich wypracowanych w Antyku.

Delilah, 2005

Delilah, 2005

Ogromna pracowitość artysty, jego pomysłowość i talent zostały dostrzeżone i docenione w Ameryce Północnej. Oprócz prestiżowego zlecenia na monument Indianki artyście zaproponowano realizację pomnika Normana Borlauga oraz rzeźb do grupy żołnierzy do War Memorial w Aberdeen. Rzeźbiarz wykonaniem powierzonych mu prac — nawet tak trudnych tematów, jak ukazanie historii narodu amerykańskiego — potwierdził swój ogromny talent.

Obecnie Benjamin Victor jest profesorem na Boise State University w Stanie Idaho. Rzeźbiarz-profesor znany jest z nietypowego podejścia do pracy pedagoga. W kwietniu 2015  roku otworzył na Uniwersytecie galerię autorską, która stała się nie tylko miejscem wystawienniczym jego prac, lecz także salą wykładową i miejscową atrakcją turystyczną. Benjamin Victror w jednym z wywiadów przyznał, że na początku swej kariery akademickiej z trudnością przychodziło mu godzenie pracy pedagoga ze swoją działalnością artystyczną. Postanowił zatem, że — wzorem renesansowych cechów artystycznych — połączy oba zajęcia. Od tego czasu, w ogromnej przeszklonej sali, zaprojektowanej w formie areny artysta przez kilka godzin dziennie pracuje nad kolejnymi realizacjami. Modelując glinę, szczegółowo tłumaczy studentom tajniki warsztatu pracy, opowiada o swoich fascynacjach twórczych i wizjach, wyjaśnia zasady pracy w glinie. W rogu pracowni stoją wielkie piece do wypalania prac, a specjalnie wydzielona przestrzeń służy do wykonywania odlewów z brązu. Artysta na każdym etapie pracy może być obserwowany: od wstępnych szkiców postaci, które wykonuje węglem i tuszem z żywego modela, przez formowanie z gliny, modelunek, aż po wypalenie w piecu formy i finalny odlew rzeźby. Jego autorskie studio liczące 9000 stóp kwadratowych jest pierwszym tego rodzaju projektem w kraju. Miejsce to jest nie tylko jego galerią autorską (wystawione są tam wszystkie oryginały jego dotychczasowych prac) pełniącą równocześnie funkcję sali wykładowej dla studentów rzeźby i architektury, lecz jest także miejscem wykładów z historii sztuki, kompozycji czy materiałoznawstwa. Nietypowe jest i to, że przestrzeń galerii połączona z pracownią jest miejscem, gdzie sam artysta zachęca studentów i odwiedzających do zadawania pytań, cierpliwie objaśnia, nad czym pracuje, wskazuje na możliwe rozwiązania i trudności. Nie jest to przestrzeń zamknięta, jak zauważa młody profesor — każdy, kto interesuje się rzeźbą i chce zobaczyć proces jej powstawania, jest mile widziany w pracowni. Sam artysta uważa, że tego rodzaju edukacja, mająca na celu nie tylko ekspozycję dzieł sztuki, lecz także pokazanie jak wygląda proces twórczy, jest niezwykle ważna.

Ballerina, 2014

Ballerina, 2013

Artysta pokazuje, jak rzeźbi prosto z żywego modela, gdyż — w jego przekonaniu — tylko wtedy można wydobyć realne bogactwo detalu. Jest to jednak tylko warunek wstępny — każda jego realizacja jest poddana pewnego rodzaju idealizacji, która ma na celu poszukiwanie piękna doskonałego. Jego inspiracje artystyczne Renesansem nie ograniczają się wyłącznie do kwestii warsztatowo-technicznych. Artysta, podobnie jak większość twórców Odrodzenia, w swych pracach sięga po tematykę alegoryczną. Dlatego w jego dorobku możemy spotkać m.in. wizualizację czterech pór roku. Ta alegoryczna interpretacja upływu czasu, utrzymana w neorenesansowej manierze, dowodzi doskonałego panowania nad kompozycją, detalem i plastyką dzieła. W swym dossier artystycznym rzeźbiarz ma także realizacje postaci mitycznych, biblijnych i historycznych. Na szczególną uwagę zasługuje praca przedstawiająca Bathshebę (jedna z żon biblijnego króla Dawida). Benjamin Victor, formując draperię na nagim ciele modelki, chciał ukazać przede wszystkim harmonię budowy kobiecego ciała. Zręcznie ułożona tkanina ma raczej uwypuklać niż skrywać kształt, wydobyć z postaci to, co ponętne i piękne. Podobnie jest w alegorycznej pracy The Awakening Dawn, która ukazuje w niezwykle zmysłowej pozie postać zwiewnej kobiety. Tego rodzaju realizacje pokazują, w jak doskonały sposób artysta połączył pracę z modelem z własną wyobraźnią.

Dbałość o szczegóły i próba oddania w rzeźbie portretowanej postaci jest widoczna niemal w każdej pracy Victora. Gdy artysta otrzymał zlecenie na monument Normana Borlauga, farmera, który zrewolucjonizował uprawy zbóż na kontynencie amerykańskim, decydował się na ukazanie farmera w jego otoczeniu, czyli stojącego wśród łanów zbóż, na równinie smaganej południowym wiatrem. W zamierzeniu artysty postać Borlauga-rolnika miała być niejako rzeźbiona przez sam wiatr. Dlatego też ubrał swojego modela w stare gospodarcze ubrania i ustawił podczas wiatru na polu, następnie wykonał wiele szczegółowych szkiców. W modelunku rzeźby widać wyraźnie jak wiatr tworzy ukośne zagniecenia w spodniach i koszuli, zaś wyraz twarzy rolnika wskazuje na jego upodobanie natury.

 Norman Borlaug, United States Capitol, Waszyngton, 2014

Norman Borlaug, United States Capitol, Waszyngton, 2014

Artysta pytany o to, dlaczego tak rzadko sięga w materii rzeźbiarskiej po kamień, odpowiada, że wynika to z braku czasu. Praca w glinie jest mniej wyczerpująca, zaś finalnie każda z jego realizacji i tak jest odlewna w brązie. Victor w swej karierze rzeźbiarskiej wykonał kilka prac w marmurze z Carrary, jednak po latach przyznał, że jest to materiał wyjątkowo trudny w obróbce i niestety jest tworzywem nie zezwalającym na korektę. Wystarczy jedno błędne uderzenie dłuta, by zepsuć efekt nawet kilkuletniej pracy, zaś glina daje mu swobodę dokonywania zmian, korekt i uzupełnień.

To, co fascynuje artystę, to przede wszystkim praca z postacią ludzką. W swym dorobku ma co prawda kilka rzeźb dzikich zwierząt czy nawet realizacje rzeźb abstrakcyjnych w mieście Reno, ale jak sam przyznaje, wykonywał je raczej z ciekawości i dla zabawy. Pytany o jego szczególne zainteresowanie figurą człowieka, Benjamin Victor odpowiada jak rasowy człowiek Renesansu: „dla mnie cała droga dochodzenia do sztuki, to poszukiwanie piękna, zaś w centrum piękna stoi przede wszystkim człowiek. Figura ludzka to połączenie doskonałej funkcjonalności, indywidualności i piękna, które należy tylko wydobyć i ukazać”.

Benjamin Victor jest dziś zaliczany do czołowych rzeźbiarzy narodowych Stanów Zjednoczonych, jest wielokrotnym laureatem nagrody prestiżowego salonu Art Renewal Center, międzynarodowego konkursu, w którym bierze udział 2500 najlepszych artystów współczesnych z całego świata.

Stanisław Hipolit Popławski – sztukmistrz z Krakowa

Atleta, 1910 - 1920, gips

Atleta, 1910 – 1920, gips

  Artysta tworząc sztukę musi zadbać między innymi o to, by być rozpoznawalnym, by jego dzieła były na tyle oryginalne, by kojarzono je z nazwiskiem. Dlatego też artyści nie szczędzą trudu nad wypracowaniem własnego stylu i powiązania go ze swoim nazwiskiem. W tym wypadku miarą sukcesu pozostaje reakcja odbiorcy i najbardziej oczekiwaną reakcją jest natychmiastowe powiązanie sztuki z autorem. Wystarczy, że odbiorca raz spojrzy na obraz i skojarzy go na przykład z Jerzym Dudą – Graczem, a gdy usłyszy pierwsze takty piosenki, skojarzy niepowtarzalny styl aranżacji muzycznej ze Stingiem. W niektórych przypadkach jest jednak kłopot, gdy skrupulatnie wymyślona idea zmaterializowana w sztuce nie przystaje do pospolitego, bądź trudnego do zapamiętania nazwiska autora. Wtedy artysta zastępuje je pseudonimem. Bo słuchając piosenki trudno zapamiętać, że wokalistką jest Stefania Joanna Angelina de Germanotta, łatwiej wpada w ucho Lady Gaga, podobnie jak łatwiej zapamiętać, że śpiewa Freddie Mercury niż Farrokh Bulsara. Czasem nazwisko jest przeszkodą do sławy, gdyż jest zbyt gminne i pospolite, bo jest przecież zasadnicza różnica czy śpiewa Cześka Cieślak czy Violetta Villas, lepiej słuchać jak śpiewa Kayah niż Kaśka Szczot. Jednak przyjęcie artystycznego pseudonimu może mieć też zgoła odmienne motywy. Ogromną niezręcznością jest mylenie dorobku artysty z kimś innym, dlatego dwu artystów nazywających się tak samo jest nie lada kłopotem.

  Tego rodzaju sytuacja przytrafiła się dwu polskim rzeźbiarzom w XX wieku. Rzeźbiarz Stanisław Popławski urodzony w 1886 roku nie przypuszczał, że kilkadziesiąt lat później będzie odnosił sukcesy w polskiej rzeźbie artysta, noszący takie samo imię i nazwisko. W tym przypadku młodszy rzeźbiarz, by uniknąć nieporozumień z identyfikacją, do nazwiska Popławski dołączył nazwisko rodowe swej matki – Horno. Jednak ten zabieg nie rozwiązał do końca problemu, gdyż jak się okazało Stanisław Popławski miał na drugie imię Hipolit i część swych prac podpisywał jako Stanisław H. Popławski. Nie do końca wiadomo czy artyści dyskutowali między sobą na ten temat, jednak jedno jest pewne, na zbieżności imienia i nazwiska ich podobieństwo się nie kończy. Obaj artyści dochodzili do rzeźby przez rysunek, obaj w młodości chcieli zostać malarzami, obaj w swej karierze pedagogicznej byli Dziekanami Wydziału Rzeźby. Horno jeszcze w Wilnie zakochał się w sztuce Antyku  i Odrodzenia zaś starszy Popławski umiłował Odrodzenie i sztukę starożytnej Grecji, gdy studiował w Szkole Rysunkowej u Wojciecha Gersona. Tam też dokonał trudnego wyboru dalszej drogi artystycznej decydując się na rzeźbę, ale malarstwa i rysunku nigdy nie porzucił (podobnie jak Horno). Stanisław Popławski od roku 1906 rozpoczął pod kierunkiem Konstantego Laszczki studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jego zamiłowanie do sztuki Renesansu musiało być zauważone przez akademików, gdyż studiując u wymagającego profesora Laszczki każdy rok Popławski kończył nagrodą bądź wyróżnieniem, aż trzykrotnie w czasie trwania studiów został wysłany na stypendium do Florencji, kolebki sztuki Odrodzenia. W Zachęcie, mając niespełna 29 lat, wystawił rzeźbę Nędza, prezentując warsztat dojrzałego i doświadczonego artysty, zyskując tym samym uznanie i pochwały środowiska artystycznego. Na ile był cenionym artystą w środowisku krakowskim może świadczyć fakt, że w 1928 współtworzył wraz z malarzami (m. in. z  Wlastimilem Hofmanem i Alfonsem Karpińskim) stowarzyszenie artystyczne Grupa Dziesięciu. W tym czasie wyjechał też do Paryża i Rzymu. Niestety ze względu na wojnę wrócił do kraju i na ochotnika zgłosił się do oddziału strzeleckiego Legionów Polskich. Epizod wojenny, podobnie jak u Horna, odcisnął mocne piętno na twórczości artysty. Od 1911 roku w Krakowskiej Akademii pracował jako instruktor kucia w kamieniu u profesora Laszczki Na dwa lata przed drugą wojną światową Popławski obejmuje stanowisko kierownika Zakładu Ceramiki. Niewątpliwe na postawę artystyczną Popławskiego wpłynęła Akademia Krakowska, w której pracował wspólnie z Konstantym Laszczką, Jackiem Malczewskim, Julianem Fałatem i Leonem Wyczółkowskim. Na ile twórczość Popławskiego była ceniona, może świadczyć fakt, że Xawery Dunikowski konsultował z nim swoje rzeźby, prosząc młodszego o jedenaście lat artystę o porady techniczno warsztatowe, zaś po śmierci Jacka Malczewskiego poproszono Popławskiego, by wykonał pośmiertną maskę Malczewskiego i odlew jego ręki, a także zaprojektował i wykonał dla niego sarkofag w kościele OO. Paulinów na krakowskiej Skałce.

Studium do portretu syna, ok. 1930, sztuczny kamień, odlew

Studium do portretu syna, ok. 1930, sztuczny kamień, odlew

  Niewątpliwie Popławski należy do pokolenia pierwszej generacji artystów wykształconych w krakowskiej Akademii, dlatego też między innymi i jemu przypisuje się w polskiej rzeźbie otwarcie nurtu ekpresjonizmu, modelunku skrótowego, wykonywanego w oparciu o pierwszą impresję, bez wykończenia i cyzelowania każdego detalu. Wyjątkowość rzeźb Stanisława Popławskiego wynika też z jego postawy twórczej i temperamentu artystycznego, widział on rzeźbę w szerszym kontekście, nie tylko jako część architektury, ale dostrzegał też silny związek rzeźby z rysunkiem i malarstwem. W jego pracach, podobnie jak u Horna, widać umiłowanie i przywiązanie do rzeźby klasycznej, do czerpania inspiracji z Antyku i Renesansu. Współcześnie, gdzie eksperyment wypiera w sztuce tradycję, jego rzeźby potrafią tak zachwycać. Zwracają uwagę nienagannym opanowaniem zdolności warsztatowych, umiłowaniem rozwiązań klasycznych i nieprzeciętnym talentem plastycznym. Artysta nie eksperymentuje, nie szokuje, po prostu w rzeźbie cierpliwie szuka ideału piękna. Popławski portretując nawet konkretne osoby stosuje daleko idące uogólnienia kompozycyjne, uproszczenia, zachowując mimo to podobieństwo do modela. Potrafi niemal w każdy realistycznie ujęty wizerunek skomponować tak, że przypomina on klasyczną rzeźbę. W efekcie tak założonej strategii artystycznej każda z jego wyrzeźbionych postaci z powodzeniem mogłaby być uznana za część kariatydy greckiej czy rzeźby z okresu Renesansu, są one po prostu ilustracjami piękna klasycznego. Jego portrety robione w rzeźbie wydobywają charakter portretowanej postaci, są wyjątkowo refleksyjne. Trafnie określił ten rodzaj portretu Julian Fałat nazywając je futerałami dusz. Koncepcja artystyczna Popławskiego jest nie tylko nostalgicznym spojrzeniem w przeszłość i zachwytem nad Antykiem, jest udaną próbą łączenia secesji i stylu art deco z klasycyzmem. Niepośledni talent artystyczny Popławskiego widać też w tym, że był on rzeźbiarzem wszechstronnym, pracował zarówno w glinie, kamieniu, brązie, ceramice czy terakocie, był też biegły w pracach medalierskich.  Jego talent został wielokrotnie dostrzeżony na wystawach w Paryżu, Pradze, Wiedniu, Wenecji czy Nowym Jorku. Niestety ten wielki romantyk rzeźby, podobnie jak i Horno, w rodzimym kraju z niezrozumiałych względów jest nieco zapomniany. Warto zatem przy okazji podziwiania rzeźb Stanisława Horno-Popławskiego pamiętać, że był też wybitny i równie utalentowany rzeźbiarz Stanisław Popławski.

Bruno Walpoth – wielki samotnik z Tyrolu

Emocje towarzyszą nam w całym życiu. Niezależnie od czasów, ludzie przeżywali strach, smutek, radość, niepokój, niepewność czy melancholię. W zdecydowanej większości przypadków potrafimy rozpoznać bezpośrednią przyczynę emocji, które nam towarzyszą. Bywa jednak i tak, że powód przygnębienia, czy smutku jest nieokreślony i trudny do zidentyfikowania. Sztuka, która bierze swój początek w przeżyciach, jest często lustrzanym odbiciem stanu emocjonalnego artysty. W przypadku prac włoskiego rzeźbiarza Bruno Walpotha trudno oprzeć się wrażeniu, że emanuje z nich jakiś niepokojący smutek, mimo tego, że prace te nie przedstawiają scen, które mogłyby powodować tego rodzaju emocje. Nostalgiczno-smutne sylwetki rzeźbione przez włoskiego artystę zachwycają i jednocześnie niepokoją, każda z postaci wymodelowana w lipowym drewnie jest samotna, jakby wyjęta z ram czasowych, drewniane figury równie dobrze mogły powstać w pracowni średniowiecznego rzeźbiarza jak również w późnobarokowym atelier. Lipowe postacie zdają się czekać na coś, co ma się wydarzyć, są zastygłe, senne, ale nie pozbawione życia.

0013Bruno Walpoth urodził się w 1959 roku w południowym Tyrolu we Włoszech, w rodzinie rzeźbiarzy. Zarówno jego dziadek jak i ojciec całe życie zajmowali się rzeźbą i snycerstwem. Artysta przyznaje, że już we wczesnym dzieciństwie, pomagał w pracowni ojca, który zdecydował, że jego syn w wieku 13 lat trafi do Carver Vincenzo Mussner, najlepszej szkoły uczącej pracy z drewnem. Po sześcioletnim kursie, dziewiętnastoletni artysta z Tyrolu podjął dalszą naukę w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Artysta od początku swej biografii artystycznej nie ukrywa swej fascynacji rzeźbą późnego średniowiecza, w tym okresie poszukuje inspiracji i technik pracy. Włoski artysta od wielu lat wykonuje hiper-realistyczne rzeźby postaci ludzkich. Ich naturalna skala, dbałość o detal, modelunek i kolor sprawiają nieodparte wrażenie, że rzeźby te są indywidualnymi portretami konkretnych osób. Walpoth w przedziwny sposób modeluje rysy twarzy i kształty ciała swych modeli, nadaje im silne i charakterystyczne osobowości starając się, by każda rzeźba była portretem indywidualności, budowała jakieś napięcie, opowiadała jakąś historię.

Gerry_1__zPatrząc na jego statyczne postacie z drewna odczuwa się paradoksalne wrażenie mieszaniny obecności i nieobecności. Prace Walpotha są realistycznie niepokojące, ale budują też ogromny dystans w odbiorze, nie można z nimi nawiązać bezpośredniego kontaktu, wejść w głęboką interakcję. Nawet, gdy artysta decyduje się ukazać postać patrzącą wprost na odbiorcę, to w spojrzeniu tym nie ma chęci nawiązania kontaktu, jest raczej dystans i rezerwa, powściągliwość, tak jakby portretowana w rzeźbie postać nie chciała nawiązać interakcji a raczej pokazać melancholię zamkniętą w swej postaci, chciała pokazać wyłącznie stan swojego umysłu, swoje skryte wnętrze i osobowość. Wyrzeźbione postacie pojawiają się w niepokojącym bezruchu, jakby wybudzone z długiego snu, nie są dynamiczne, pełne życia i witalności. Z tego też powodu prace Walpotha sprawiają wrażenie intymnej izolacji. Walpoth rzeźbiąc naturalnej wielkości postacie ludzkie z bloków drewna, pokrywa je farbą akrylową. Specjalnie przygotowana farba nie kryje całkowicie drewna, widać spod niej słoje drewna, jego fakturę i kolor. Artysta stara się za pomocą specjalnie przygotowanej farby osiągnąć półprzezroczysty wygląd skóry podobny do naturalnej.

c_6zCf9UxK0sYhJDkgYyjhYRtCIfxT4Vh3OWdNcrWoaOFWlx4dn2uvD0wgh2E4OE8yZdjTvot1dR3Gv28PZF_jTxYw1b60p6CzSam artysta, podobnie jak i jego prace, jest równie powściągliwy i niechętnie wypowiada się na temat swej twórczości. Wskazuje jedynie, że chce w swych rzeźbach nie tyle ukazać kogoś konkretnego, co raczej ukazać pewną ideę, ekspresję, która spowoduje, że spojrzymy raczej na siebie, jego rzeźby mają więc być tylko pretekstem do głębokiej introspekcji. Nie bez powodu artysta wybrał drewno jako tworzywo swej sztuki, jak sam przyznaje, jego twórczość jest naturalna podobnie jak i materia nad którą pracuje, drewno jest żywe, pachnie, ma niepowtarzalną strukturę i przede wszystkim drewno jest materiałem naturalnym.

Bruno Walpoth od lat rzeźbi w swej pracowni w Ortisei młode kobiety i mężczyzn, jego postacie wyłaniają się z bloków drewna w bezruchu, jakby sam moment powołania postaci do życia przez rękę artysty, zaskakiwał je, paraliżował w bezruchu. Statyczna mimika i gesty tworzą niepowtarzalny klimat, niepokoją i zaskakują. Posiadają też rzadką cechę, pomimo dystansu są w niebywały sposób skierowane wprost do widza, budują klimat medytacji i melancholii. Sam artysta przyznaje, że melancholijny nastrój jego rzeźb pochodzi z wielkiej samotności i tęsknoty za czymś, co jest tak trudne do sprecyzowania i nazwania, ale nie do ukazania w sztuce. I to jest to dla włoskiego rzeźbiarza jedyny powód do zajmowania się rzeźbą.

Metal bez tajemnic. Druciany świat Seunga Mo Parka

Zwyczajowo kwestie materiałowe w rzeźbie są drugorzędne, przywykliśmy do tego, że tradycyjna rzeźba wykonana jest z kamienia, brązu czy drewna. Jednak wiele współczesnych artystów, nawet tych pracujących w tradycyjnej konwencji rzeźbiarskiej, poszukuje nowych materiałów twórczych. Wśród tworzywa rzeźby znaleźć można szkło, plastik czy gumę. Koreański artysta Seung Mo Park sięgnął w swych poszukiwaniach twórczych po zwykły stalowy drut. Jest on o tyle zwykły, że niejednokrotnie z tego rodzaju materiałem mamy do czynienia w życiu codziennym, mamy nim ogrodzoną posesję, czy zakładamy ubrania na wykonany ze starannością druciany wieszak na ubrania. Okazuje się, że to tworzywo wykorzystywane w przedmiotach dnia codziennego może też stać się doskonałym tworzywem sztuki.

Seung-Mo-Park-4Park Seung Mo urodził się w Korei w 1969 roku, w młodości wyemigrował z rodzicami do Stanów Zjednoczonych, gdzie ukończył studia ekonomiczne. Jednak od czasów młodości, bardziej niż fascynacja liczbami i mechanizmami rynkowymi, interesowała go sztuka. Park Seung sam przyznaje, że odkąd pamięta zawsze rysował, z czasem jego rysunki stały się rodzajem pamiętnika, tak jak inni opisują codzienne wydarzenia, tak Park Seung starał się narysować. W pewnym momencie życia, gdy zdał sobie sprawę z tego, że jest kiepskim ekonomistą, postanowił wyjechać do Indii. W Azji spędził prawie pięć lat praktykując medytację i ćwiczenia ascetyczne. W tym czasie bacznie obserwował naturę i zachowania ludzi, jak sam przyznaje, przygotowywał się do bycia artystą. Gdy wrócił do Stanów Zjednoczonych postanowił, że zostanie rzeźbiarzem.

EMGN-Wire-Art-Beautiful-Creations-6Jednak jego droga dochodzenia do rzeźby jest o tyle nietypowa, że Koreańczyk pozostał wierny rozwiązaniom klasycznym w rzeźbie, jednak szukał dla niej nowego tworzywa. Długo eksperymentował niemal z każdym rodzajem metalu, by w końcu pozostać przy drucie ze stali nierdzewnej. Za pomocą drutu pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku zaczął tworzyć rzeźby postaci ludzkiej. Niemal wszystkie figury miały naturalną skalę i oddane były z ogromną dbałością o detal. Koreański artysta za pomocą misternego modelunku starał się uchwycić przede wszystkim płynność ruchów ludzkiego ciała. Metalowe prace rzeźbiarza starają się zasygnalizować odbiorcy jasną granice między iluzją a rzeczywistością. Patrząc na jego pełnowymiarowe, druciane rzeźby, mamy jednoczesne wrażenie obecności ludzkiej postaci, jak i jej nierealności, za realnością przemawia wierne oddanie kształtu ludzkiej sylwetki, zaś za iluzją wykorzystany materiał.

Seung-Mo-Park-13Druciane figury sprawiają wrażenie nieco upiornych, industrialnych, ale zdradzają też niezwykłe zdolności warsztatowe artysty. Potrafił on w kawałkach metalu i zwykłego drutu ukazać grymas twarzy, zmarszczkę, gest, aparycję modela, modelunek sukni, oddać fałdy płótna czy nawet złudzenie ruchu. Przy czym aura drucianego konturu przedmiotu, nieco przezroczysta i odbijająca światło, zdaje się sytuować rzeźby Park Seunga w klimacie prac nieco abstrakcyjnych. Koreańskiemu artyście udaje się stworzyć tak sugestywne prace głównie dzięki doskonałemu warsztatowi, każdą drucianą postać najpierw rysuje, poprawia, tworzy liczne korekty. Tym samym testuje, na ile mu się uda stworzyć druciany wizerunek postaci. Niektóre prace wykonuje w ten sposób, że tworzy z masy plastycznej model, który potem szczelnie oplata drucianą siatką. Na końcu całość wypala w piecu, specjalna masa plastyczna spala się pozostawiając nienaruszony druciany szkielet, który jest finalną kompozycją rzeźby. Prace te zdają się być ulotne i lekkie, sprawiają wrażenie półprzezroczystych, jednak sam artysta dodaje, że niemal każda z nich ważny niemal tonę. Oglądając prace przypominające manekiny, mamy wrażenie, że kolejne metalowe warstwy przypominają pierścienie drzew.

Po wielu latach pracy i poszukiwań twórczych rzeźby Parka Seunga zostały docenione przez liczące się muzea na całym świecie. Sam artysta nie poprzestał w swych poszukiwaniach wyłącznie na modelunku drucianych postaci, uporczywie poszukuje nowych form w rzeźbie, stara się w interesujący sposób przedstawić własną opowieść na temat kondycji człowieka, jego postaci we współczesnym świecie, zajmuje się zagadnieniem pejzażu, jedyne co pozostało wspólne przez kolejne lata poszukiwań twórczych, to tworzywo i wierność rozwiązaniom klasycznym, realistycznym kompozycjom. Park Seung łączy drut, zgina go, tnie, spawa, dopóki nie znajdzie zadowalającej go formy. W pracach koreańskiego artysty widać wyraźnie, że jedynym ograniczeniem w poszukiwaniach tworzywa rzeźby jest ludzka wyobraźnia. Drut ze stali nierdzewnej może być wykorzystany jako ogrodzenie do fabryki opon, ale także może, pod zręcznymi palcami artysty ukazać piękno postaci ludzkiej.

ZOBACZ: Inne felietony Bydgoskiego Centrum Sztuki – pokazujemy świat rzeźby z wyjątkowej perspektywy.

rzezba monumentalna

Od dziadków do prezydentów USA, czyli rzeźba monumentalna

Rzeźba, zaliczana do jednej z dyscyplin plastycznych, może być również klasyfikowana ze względu na swoją skalę. Najczęściej, pod względem stylu i kompozycji, omawiana jest rzeźba miniaturowa, gdyż rzeźba monumentalna kojarzona jest nie tylko z celem artystycznym, bywa analizowana pod kątem upamiętnienia ważnej postaci historycznej lub znaczącego wydarzenia. Sam Horno – Popławski w 1956 roku nosił się z zamiarem wykucia w okolicach Zatoki Gdańskiej monumentalnego posągu Adama Mickiewicza. Miał być on na tyle wielki, by stojące na redzie statki czekające na wpłynięcie do portu, traktowały rzeźbę wieszcza jako punkt odniesienia, drogowskaz. Niestety pomysł artysty nie został realizowany z powodu ogromnych kosztów jego realizacji.

1-20170704175644W monumentalnych i patetycznych realizacjach lubują się Amerykanie. Jedną z najbardziej znanych rzeźb pod względem skali, jest wykuta w Black Hills w Południowej Dakocie rzeźba przedstawiająca twarze czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych. Sam pomysł powstał w głowie nie tyle artysty, co historyka – Doane’a Robinsona. Początkowo amerykański historyk chciał przekuć kominowe granity łańcucha górskiego w Black Hills  w posągowe sylwetki prezydentów, lecz jego doradca, architekt Gutzon Borglum, po zbadaniu łańcucha górskiego, wykluczył tego rodzaju realizację. Granit z Black Hills był kruchy i łamliwy, dlatego wymodelowanie pełnych postaci prezydentów nie wchodziło w grę. Stanęło na tym, że góra Mount Rushmore zostanie przekształcona w podobizny twarzy prezydentów. Gdy na początku lat dwudziestych podjęto decyzję o realizacji gigantycznego projektu zaczęły mnożyć się kłopoty. Rdzenna, indiańska ludność nie chciała nawet słyszeć o twarzach prezydentów, legendą gór był przede wszystkim Buffalo Bill i miejscowy wódz Lakotów – Czerwona Chmura. Sama góra przeznaczona do przekucia, znana jako Sześciu Dziadków (Six Grandfathers) była miejscem kultu Indian, dlatego też przekształcenie jej w turystyczną atrakcję nie było przyjęte entuzjastycznie.

1-20170704180022Po długich negocjacjach prowadzonych pomiędzy przedstawicielami Kongresu, prezydentem Calvinem Coolidgem a miejscową ludnością, projekt został zatwierdzony przez Kongres Stanów Zjednoczonych. Prace nad monumentalną rzeźbą rozpoczęto w 1927. Przez kolejnych czternaście lat ekipa czterystu robotników za pomocą dynamitu, rylców i młotów pneumatycznych modelowała w skale kolejne twarze. Co ciekawe, żaden z robotników nie miał pojęcia o samej pracy rzeźbiarza, gdyż rekrutowali się oni z pobliskiej kopalni złota, gdzie pracowali na wyrobiskach. Jednak dzięki drobiazgowym planom Borgluma odkuwali pieczołowicie zbędne złogi granitu. Pierwszą twarzą, którą ukończono był portret Jerzego Waszyngtona.

4 lipca 1930 roku, w Amerykańskie Święto Niepodległości, twarz amerykańskiego prezydenta została odsłonięta. Zaraz po zakończeniu uroczystości przystąpiono do wykuwania podobizny Thomasa Jeffersona. Jednak robotnicy odkryli, że skała sąsiadująca z podobizną Waszyngtona jest słaba i zwietrzała, pod młotem pneumatycznym odpadały niekontrolowanie całe płaty skał. Borglum z ciężkim sercem nakazał wysadzić w powietrze ukończone prezydenckie oblicze i cofnąć cały monument w głąb skały. Praktycznie całą robotę zaczęto od początku.

1-20170704180051To nie był jednak koniec niespodzianek, głowę Abrahama Lincolna ze względu na fatalną jakość skały przesunięto w miejsce, gdzie planowano umieścić wielką tablicę pamiątkową. W roku 1936 turyści, wśród których był sam prezydent Roosevelt, byli świadkami odsłonięcia kolejnej twarzy, podobizny Thomasa Jeffersona. W kolejnych latach odsłonięto podobiznę Theodora Roosevelta (w 1939 roku) oraz dwa lata później – Abrahama Lincolna. Niestety trwające działania wojenne, jak i śmierć  Borgluma wstrzymały dalsze prace. Z powodu braku funduszy Kongres zdecydował o zakończeniu całej realizacji. Spod góry Rushmore usunięto 450 tysięcy ton skał i złogów pozostałych po pracach. Monumentalny pomnik obrazujący 150 lat historii Stanów Zjednoczonych uznano za skończony. 15 października 1966 Mount Rushmore wpisano do amerykańskiego Narodowego Rejestru Miejsc Historycznych, zaś dopiero w 1991 prezydent George H.W. Bush dokonał oficjalnego odsłonięcia gigantycznego pomnika w Mount Rushmore. Do dziś słynna, gigantyczna rzeźba w Południowej Dakocie stanowi główną atrakcję turystyczną w tym regionie Stanów Zjednoczonych.

1-20170704180209Opinie co do samej realizacji pomnika, jak i jego walorów artystycznych są po dzień dzisiejszy podzielone. Jednak warto przy tej okazji pamiętać o pewnej kwestii. Myliłby się ten, kto gigantyzm, pompatyczność i imponowanie rozmiarem rzeźby przypisywałby wyłącznie Amerykanom. Warto przy tej okazji wspomnieć o mało znanym fakcie, czyli o tzw. big australian things. Na Antypodach, od lat powstają gigantyczne pomniki. Wzniesiony w Nambour pomnik wielkiego ananasa ma symbolizować plantacje ananasów, w Coffs Harbour stoi (a raczej leży) gigantyczny Wielki Betonowy Banan, też na cześć pobliskiej plantacji bananów, w Balconnen jest Wielki Grzyb, tam też mają Wielką Sowę. Jakby tego było mało w Broken Hill Australijczycy mają Wielką Mrówkę zaś w Yerinbool Wielkie Jabłko, w Duranbah zobaczyć gigantyczny pomnik Avocado, zaś w Cobar pomnik Big Beer Can. W Australii mamy także w Lake Cathie pomnik Big Bowl, wielkiej niebieskiej kuli na kręgle, jest tam też pomnik Wielkiej Krewetki, Wielkiej Ławki, Wielkiej Butelki, Wielkiego Koguta czy też pomnik Wielkiego Kartofla.

Czymś zupełnie kuriozalnym jest pomnik skały, czyli wykuty w litej skale w North Arm Cove pomnik przedstawiający Ayers Rock. Ilekroć oglądam tego rodzaju realizacje sądzę, że autorzy pomników winni poczytać przede wszystkim Freuda, a nie stawiać wielkie pomniki. Łączy je natomiast jedno: australijskie pomniki giganty są szkaradne i brzydkie, jarmarczne i odpustowe, trudno w nich szukać wielkiej sztuki. Każdy z turystów, który zjedzie z głównej drogi, by zobaczyć Wielkiego Banana czy Wielkiego Kartofla na pewno nie zapomni tego widoku do końca życia, gdyż jak mówi porzekadło: co się zobaczyło, to się nie odzobaczy. Być może, Australia, jako dość młode pod względem historycznym państwo, ma w sobie ogromne kompleksy i przypomina w tym gigantyzmie nieco Stany Zjednoczone. Ale z dwojga złego wolę oglądać twarze prezydentów w Mount Rushmore w Południowej Dakocie niż gigantyczny pomnik Wielkiego Kartofla na Antypodach.

ZOBACZ: Inne felietony Bydgoskiego Centrum Sztuki – pokazujemy świat rzeźby z wyjątkowej perspektywy.

Kamień, który się śmieje. Twórczość Hirotoshi Itoh

Rzeźba Hirotoshi Itoh

Rzeźba Hirotoshi Itoh

Żart wywołuje śmiech lub uśmiech. Warunkiem takiej reakcji na żart musi być to, że jest on rozpoznany,  wtedy wywołuje w nas pewnego rodzaju zakłopotanie, dezorientację a w końcu radość. Żart w sztuce, jest znany od momentu powstania sztuki, choć bywały okresy, gdy żart był jednym z głównych przesłanek tworzenia sztuki, tak było na przykład w dadaizmie. Tam, gdzie pojawiała się sztuka dadaizmu, pojawiał się nieodzownie śmiech.

Żart w sztuce jest pewnego rodzaju wentylem bezpieczeństwa, zwłaszcza wobec poważnej sztuki zaangażowanej, która za swój cel obiera moralizatorstwo lub poruszanie w twórczości artystycznej wyłącznie kwestii ostatecznych. Przykładem tego rodzaju twórczości, choć dalekiej od przebrzmiałego dadaizmu, mogą być prace japońskiego rzeźbiarza Hiritoshi Ito. Jego specyficzne traktowanie kamienia sprawia wrażenie, że kamień traci swe właściwości, zaczyna być nierealny, Hiritoshi Ito poprzez zaskakujące zestawienia wywołuje złudzenie, że kamień jest miękki, lekki i jest doskonałą masą plastyczną do realizacji jego wyobrażeń artystycznych. Wizualny efekt wzmocniony jest tym, że Hiritoshi Ito stosuje różnego rodzaju dodatki do kamiennych rzeźb, na przykład zamki błyskawiczne, czy elementy plastikowe.

Wydaje się, że japoński rzeźbiarz bawi się strukturą kamienia sporządzając kolejne prace, jednak nie jest to tylko zwykła zabawa. Każda z jego rzeźb jest głęboko przemyślana, jego surrealistyczne konstrukcje zaskakują pomysłowością i sprawiają wrażenie prac głęboko koncepcyjnych.

Rzeźba Hirotoshi Itoh

Rzeźba Hirotoshi Itoh

Hirotoshi Itoh jest absolwentem Tokyo National Fine Arts University. Już od początku swej samodzielnej twórczości (od roku 1982) Hirotoshi Itoh zaskakiwał pomysłowością i szukał własnej drogi w rzeźbie. Po eksperymentach w obróbce metalu, artysta uznał, że metal jest zbyt plastyczny a przez to i zbyt oczywisty i zwrócił się w stronę tradycyjnego materiału rzeźbiarskiego, wybierając kamień polny. Niektórzy z jego znajomych, przywiązani do tradycyjnych rozwiązań w rzeźbie, uważali jego prace za nieco dziwaczne i pozbawione waloru artystycznego.

Rzeźba Hirotoshi Itoh

Rzeźba Hirotoshi Itoh

Jednak Hirotoshi Itoh chciał za wszelką cenę tchnąć życie w kamień i pozbawić go jego głównej cechy, którą określał mianem „kamienistości”. Niewątpliwie udało mu się wywołać w odbiorcach wrażenie surrealistycznych złudzeń optycznych. Każdy, kto ogląda jego prace nie wierzy w to, że użyty materiał do rzeźb, to lity, twardy i ciężki w obróbce kamień.

Dla Hirotoshi Itoh kamień stał się niejako swego rodzaju wyzwaniem, wydaje się, że jednym z głównych motywów pracy rzeźbiarskiej jest poddanie w wątpliwość niepodważalne właściwości kamienia i udowodnienie, że dla artysty kamień nie stanowi żadnej przeszkody w obróbce materiałowej. Każda z prac Hirotoshi Itoh zdaje się ożywać i nabierać zupełnie nowych właściwości, kamień nabiera zatem cech miękkości, ciepła i elastyczności, z każdą kolejną pracą zastanawiamy się, czy istnieją granice, których w twórczości artystycznej japońskiego rzeźbiarza nie da się przekroczyć.

Artysta w jednym z wywiadów przyznał się, że kamieni szuka w rzece, która przepływa obok jego domu. Rano, gdy woda jest przejrzysta i widać dokładnie kamienie leżące na dnie potoku, artysta szuka inspiracji, nigdy nie szuka kamienia pod konkretny projekt. Wyławiając otoczaki z wody za pomocą skojarzeń szuka odpowiedniego przeznaczenia dla kamienia, sam kamień poprzez swój niepowtarzalny kształt podsuwa mu odpowiednie rozwiązania.

Rzeźba Hirotoshi Itoh

Rzeźba Hirotoshi Itoh

Sam artysta przyznaje, że jego prace wywołują uśmiech i prowokują do żartów. I to jest ten moment, w którym warto dodać, że być może jest się z czego z czego śmiać, bo efekt końcowy jest pod względem wykonania jest potraktowany żartobliwie, ale w pracach Hirotoshiego jest coś więcej niż tylko li żart. Japoński artysta pokazuję zupełnie inną stronę rzeźby, pokazuję piękno kamienia, który może być wykorzystany na różne sposoby, pokazuje pomysłowość, która bierze swój początek w wyobraźni artysty.

Ponadto, o czym łatwo przy tej okazji zapomnieć, japoński artysta pokazuje jak doskonale poznał kamień pod względem warsztatowym, kamień w jego dłoniach zdaje się nie mieć żadnych tajemnic, japoński artysta go oswaja w taki sposób, że kamień poddaje się obróbce. Dlatego też jego prace są tak cenione w Tokyo National Fine Arts University.

ZOBACZ: Inne felietony Bydgoskiego Centrum Sztuki – pokazujemy świat rzeźby z wyjątkowej perspektywy.

Przejdź do paska narzędzi